Czarnkow.INFO
Czarnkow.INFO - Internetowy Serwis Informacyjny
    Strona główna     Urzędy     Kultura i atrakcje     W mieście     Fotogaleria
    Nowe forum     Reklama     Katalog firm     Archiwum
Dzisiaj jest: 26 lutego 2021, piątek.  Imieniny: Aleksandra, Bogumiła, Eweliny, Filipa

R E K L A M A



free counters


PO POLSKIE GRZYBY LATAŁEM SAMOLOTEM



Każdy z nas ma w rodzinie lub wśród znajomych osoby, które postanowiły wyjechać z kraju. Jak wygląda współczesne życie na emigracji? Co o polskiej kuchni myślą Anglicy? Czy Kamil Grosicki to rzeczywiście "Turbogrosik"? Z pochodzącym z Lubasza Radosławem Sobotą, który wraz z żoną od blisko pięciu lat w angielskim Hull prowadzi restaurację "Izabella", rozmawia Szymon Szwed.

Rzadki to widok, ale jesteś w Lubaszu. Cieszę się, bo jest szansa porozmawiać. Najpierw zapytam o zdrowie i czy wróciłeś na stałe?

- Witam serdecznie. Dziękuję, u mnie i rodziny wszystko w porządku, na szczęście wszyscy zdrowi. Jeżeli chodzi o nasz pobyt w Lubaszu, to wykorzystaliśmy możliwość, którą paradoksalnie dała pandemia i po raz pierwszy od wyjazdu do Wielkiej Brytanii w 2007 roku mogliśmy przyjechać do rodziców i rodziny na święta. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. Przyjechaliśmy na początku grudnia i w planie mieliśmy powrót tuż po sylwestrze, ale na Wyspach przedłużono lockdown i mogliśmy zostać nieco dłużej. Niestety będziemy zmuszeni wracać zaraz po tym, jak otworzą się szkoły, gdyż teraz dzieci uczą się zdalnie.

Urodziłeś i wychowałeś się w Lubaszu, od kilkunastu lat mieszkasz na Wyspach Brytyjskich. Jak Lubasz zmienił się z Twojej perspektywy?

- Wychowałem się w Lubaszu, tu jest moje serce i tu uwielbiam wracać. Nie mogę uwierzyć, jak szybko się rozwija. Okoliczne pola, po których biegaliśmy i stanowiły nasz plac zabaw zostały zagospodarowane. Pojawiły się piękne nowe domy, ulice, osiedla, sklepy, boiska, orlik, kort tenisowy, skatepark. Za naszych młodych lat graliśmy gdzie się dało, teraz dzieci mają dużo więcej możliwości, oby potrafiły to docenić. Ośrodek przy jeziorze, który jest największą atrakcją, w końcu zaczyna ponownie rozkwitać i mam nadzieję, że lata świetności wrócą, a turystyka nieustannie będzie się rozwijać. Jest piękne zaplecze sportowe, domki holenderskie, pole namiotowe, plac zabaw, pojawiło się zaplecze gastronomiczne. Wróciły koncerty i zabawy, wiem że w planach jest remont pomostu, przydałoby się go powiększyć. Wszystko idzie w dobrym kierunku. Mam nadzieję że w przyszłości pojawi się więcej zlotów samochodowych czy motocyklowych, że wrócą do nas kolonie szkolne, cykliczne zabawy nad jeziorem.

Kilka lat temu podjęliście z żoną decyzję o otwarciu restauracji w Hull. Skąd pomysł, jak prowadzi się działalność gospodarczą za granicą?

- Wyjechałem w 2007 roku, żona z córką dotarły do mnie rok później. Jestem kucharzem z zawodu. Pierwsze szlify zbierałem w Zajeździe Meteor, później pracowałem w kilku restauracjach, kończąc na 4 gwiazdkowym Hotelu Habenda. Pierwszą pracę na Wyspach podjąłem w fabryce, ciężko pracowaliśmy z żoną, a moim cichym marzeniem było posiadanie własnej restauracji. Po ponad 3 latach podszkoliłem język na tyle, że mogłem wrócić do gastronomii, podjąłem pracę kelnera i znowu robiłem to co kochałem. W międzyczasie poznałem osobę, która miała restaurację i wtedy pojawił się pomysł, a może i ja spróbuje? Na początku kwietnia 2016 roku otworzyliśmy własną restaurację i oczywiście mieliśmy dużo problemów po drodze. Po dwóch latach rozkręcania, kiedy zaczynało robić się "dobrze", właściciel - Polak wypowiedział nam umowę z dnia na dzień. Dwa lata pracy musieliśmy zwinąć w 12 godzin i się wyprowadzić. Myśleliśmy, że to koniec, ale nasi klienci, znajomi i przyjaciele zaczęli wydzwaniać, pisać smsy, żebyśmy się nie poddawali, że oni nam pomogą i będą z nami. To dało nam motywację i w miesiąc znaleźliśmy nowy, większy, po prostu lepszy lokal. Ludzie nam pomogli, przychodzili malować, sprzątać, dekorować, a po ośmiu tygodniach "Izabella" była znowu otwarta. Uwierzyliśmy w ludzi, w ich dobro. Czas pokazał, że zmiana wyszła nam na lepsze. Uważam że prowadzenie restauracji na wyspach jest prostsze niż w Polsce, tam wszystko załatwia się w ciągu kilku chwil, maksymalnie dni, nikt nie rzuca kłód pod nogi jak w kraju. Nie było i nie jest łatwo utrzymać się na rynku, ale chyba najgorsze mamy za sobą. Ja jestem życiowym optymistą, nie lubię się poddawać, a im jest trudniej, tym większą mam satysfakcję, że nam się udaje.

Co Anglicy myślą o polskiej kuchni i polskich potrawach, które znajdowały się w Waszym menu. Czy po nasze grzyby latałeś specjalnie samolotem?

- Anglicy są zaskoczeni, że polskie jedzenie jest aż tak dobre, przyprawione i bogate, a menu szerokie. Najtrudniej jest przyciągnąć ich pierwszy raz. Później miło się patrzy, gdy przychodzą z nowymi znajomymi. Jesteśmy blisko 5 lat na rynku, wiec nasza marka jest już rozpoznawalna. Na przystawkę (tzw. starter) każdy dostaje polski domowy chleb, smalec i ogórki kiszone. Oczywiście wszystko z polskich produktów, a smalec i ogórki robimy sami, co zawsze wywołuje zaskoczenie i niedowierzanie, że własnoręczny wyrób może być taki smaczny. Po polskie grzyby, najczęściej kurki i prawdziwki, rzeczywiście latałem wielokrotnie samolotem, często raz na tydzień. Nic nie przebije naszych świeżych grzybów z Puszczy Noteckiej. Wywoływałem wesołość u lotniskowych strażników, którzy orientowali się, że wiozę dwie pełna walizki kurek i nic więcej. Grzyby te podawaliśmy na grzance z cebulką i pietruszką, smażone na maśle lub polędwiczki wieprzowe w sosie kurkowym. W poprzednim roku sprzedaliśmy ponad tonę kurek, jak na małą restauracje to bardzo dużo, zwłaszcza że to danie sezonowe.

Styczeń to Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Wiem że byłeś zaangażowany w organizację tego wydarzenia w Hull. Jak tam Orkiestra grała przez te lata?

Z Orkiestrą gramy od 19. Finału i z roku na rok bijemy kolejne rekordy. Zaczynaliśmy od zebrania 1540 funtów, natomiast w ubiegłym roku było już ponad 16500 funtów. Pracowałem w sztabie, kilka lat byłem szefem. Organizując koncerty udało nam się ściągnąć dziesiątki zespołów, między innymi De Mono czy Sumptuastic. Frekwencja zawsze dopisywała i nie brakowało chętnych do zapełniania puszek. W tym roku, z winy pandemii, funkcjonowały tylko puszki elektroniczne, ale mamy nadzieję, że za rok będzie wieki i huczny 30. Finał.

Mieliście okazję poznać Kamila Grosickiego podczas gry w zespole piłkarskim Hull. Czy Kamil Grosicki to rzeczywiście "Turbogrosik"?

- Mieliśmy przyjemność poznać i gościć Kamila Grosickiego po transferze do Hull City. Skorzystał z naszego zaproszenia do restauracji, bardzo fajnie przywitał się z kibicami. Przyszły setki ludzi, a restauracja jeszcze nigdy nie była tak pełna. Zrobiliśmy mu mega przywitanie, kibice zaśpiewali hymn Polski, aż łezka mu się w oku zakręciła. Zaprzyjaźniliśmy się, Kamil zapraszał nas praktycznie na każdy mecz ligowy w Anglii, na Stadion Narodowy też nas zabrał. Czy ma turbo? Kto oglądał to wie że tak!

Jak Ty, rodacy za granicą oceniacie Brexit?

- Szkoda słów. Teraz są zdziwieni, dlaczego tak drogo, dlaczego tej firmy już nie ma? Decydenci mogli pomyśleć wcześniej.

Masz w planach udział w spotkaniu klasowym naszego rocznika, absolwentów Szkoły Podstawowej w Lubaszu. Na ile to realne?

- Od dawna mam takie plany, niestety na ogół jesteśmy w Polsce tylko kilka dni, dodatkowo trwają pandemiczne czasy. Kiedy się wszystko uspokoi, spróbujemy się spotkać, żeby porozmawiać o tym co słychać w Lubaszu i u każdego z osobna. Miło jest zobaczyć znajomych, choć nie będzie łatwo, każdy pracuje, dużo osób wyjechało, część, jak ja, za granicę, ale wierzę że się uda.

Co czujesz mieszkając tyle lat za granicą? Czy jesteś w stanie określić swoje miejsce na ziemi? Jakie plany na najbliższy czas?

- Moim miejscem na ziemi był, jest i będzie Lubasz. Mieszkamy w Hull od wielu lat, nasz syn urodził się w Wielkiej Brytanii, dzieci chodzą tam do szkoły, tam pracujemy, mamy dom, w którym wychowały się nasze dzieci. Jesteśmy szczęśliwi, lecz tam nie mamy swoich rodzin, przyjaciół, z którymi się wychowaliśmy, tego brakuje najbardziej. Rodzice robią się starsi, z tego powodu chciałbym pomału już wracać do Polski, pójść z tatą na ryby, zabrać rodziców nad morze, bo czasu już nie cofniemy. Myślę, że jeszcze w tym lub maksymalnie za rok wrócimy do ojczyzny. Nie będzie to łatwe, zwłaszcza dla dzieci, bo szkoły się różnią. Mam nadzieję, że przy odrobinie szczęścia uda się coś swojego otworzyć w Lubaszu. Trzeba myśleć pozytywnie.
Dziękuję za rozmowę.


O serwisie  |   Dodaj do ulubionych  |   Ustaw jako startową  |   Miasto Czarnków  |   Miejskie Centrum Kultury
Redakcja Czarnkow.INFO: 64-700 Czarnków, os. Parkowe 21/37, tel./fax 600 545 261, czarnkow.info@onet.pl
© Marcin Małecki Jacek Dutkiewicz 2004-2021. Wszelkie prawa zastrzeżone.