PRZYJACIEL LUDZI
28 września 2025 roku w Gębiczynie odbędzie się II Bieg / marsz im. Stefana Wawrzyniaka. Dla mieszkańców powiatu czarnkowsko - trzcianeckiego nie był osobą anonimową, jednak po latach pamięć bywa zawodna. Dlatego w tym artykule chcielibyśmy przybliżyć tę postać.
Stefan Wawrzyniak urodził się we wsi Słupia k/Kępna 1 sierpnia 1946 roku. Naznaczony w wieku 7 lat śmiercią ojca wychowywał się w rodzinie, która mierzyła się z przeciwieństwami losu. To ukształtowało go jako człowieka silnego, wytrwałego, niepoddającego się trudnościom. Był konkretny i zdecydowany. Gdy w 9 klasie jeden z nauczycieli skierował do niego stwierdzenie "pokaż co potrafisz chłopcze z grajdołka" wiele się nie zastanawiając wziął swój plecak i wyszedł opuszczając mury tej szkoły na zawsze. Dalszą drogę swojej edukacji kontynuował w 3-letniej szkole podoficerskiej im. Rodziny Nalazków w Elblągu. Szybko okazało się, że jest niesamowicie zdolny, co pozwoliło mu na uzyskanie bardzo dobrych wyników świadectwa maturalnego. Jego mocną stroną była zwłaszcza matematyka, co wiele lat później wykorzystał pomagając przygotować się do matury tym, którzy tego potrzebowali na gębiczyńskiej ziemi. Jego dalszą drogą edukacji była Oficerska Szkoła Radiotechniczna w Jeleniej Górze. Tam mając niecałe 20 lat poznał kierowniczkę biblioteki garnizonowej, późniejszą żonę Alinę. Dzięki swojemu uporowi zdobył jej serce. Rozpoczęli wspólną drogę swojego życia, która miała potrwać kilkadziesiąt lat. On posiadający zmysł techniczny i umiejętności organizacyjne, ona dusza artystyczna uzupełniali się nawzajem. Wkrótce Alina zaczęła studiować pedagogikę z wiedzą o kulturze, a Stefan rozpoczął pracę w gazecie lotniczej " Wiraże" i studiował pedagogikę dorosłych na Uniwersytecie Poznańskim. Prawdopodobnie to wtedy zrodziła się w śp. Stefanie pierwsza myśl o poświęceniu swojego życia pomaganiu innym ludziom. Po drodze wspólnie z żoną ukończyli jeszcze studia dziennikarskie. Dalsza droga ich życia to Warszawa, gdzie Stefan dostał zaproszenie do redakcji głównej gazety wojskowej. Żona na pewien czas z powodu braku mieszkania została w Poznaniu, mąż odwiedzał ją kiedy tylko mógł. Gdy Alina wreszcie wylądowała w Warszawie, została instruktorką teatralną i dyrektorem Domu Sztuki w Warszawie.
Zmęczeni życiem w dużym mieście marzyli o domku w lesie. Rysowali w wolnych chwilach różne jego wersje. Stefan nawet obiecał żonie, że kiedyś wybuduje dla niej "Dom kultury w lesie." Odwiedzając znajomych po raz pierwszy trafili do Gębiczyna. Podobała im się cisza i spokój tam panujące. Wkrótce Stefan kupił działkę i rozpoczęła się budowa ich domu. Tu nie po raz ostatni połączyli swoje siły, on organizował, planował, Alina nadała duszę temu domostwu. W Gębiczynie z całą pewnością uchodzili za ludzi wykształconych. Po pewnym czasie w ich nowym domu zaczęli pojawiać się ludzie proszący o pomoc w nauce dla swoich dzieci. Nie odmawiali, poświęcając się i nie zastanawiając na tym czy przyniesie im to jakąkolwiek korzyść. Stefan pomagał w matematyce, Alina prowadziła zajęcia teatralne. Z czasem zrodziła się w nich myśl na rozwinięcie form pomagania innym. Powołali do życia Fundację "Gębiczyn". Ludzi w ich domu było coraz więcej, więc Alina zaczęła snuć w głowie myśl przeniesieniu działalności do innego, większego miejsca. Razem chodzili na spacery, nierzadko zbierali grzyby w pobliskim lesie. Mijali stary budynek gospodarczy nieopodal swojego domu. Był w strasznym stanie i pewnie nie było go już dziś, gdyby nie Wawrzyniakowie. Mąż Aliny pewnego razu powiedział: "a co kupimy to." Stefan zaczął chodzić po urzędach, dowiadywać się. Zrujnowany budynek Wawrzyniakowie kupili, a do tego otrzymali od Agencji Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa ziemię wokół niego. Rozpoczął się remont, a w dużej mierze również budowa dzisiejszego Centrum Praktyk Kulturalnych i Integracji Społecznej w Gębiczynie. Stefan coraz rzadziej bywał w domu, ciągle w drodze, mówił, że załatwia jakieś sprawy. Dzień rozpoczynał od powiedzenia żonie, że ją kocha i już go nie było. Potrafił zjednywać sobie ludzi, jeździł po całej Polsce szukając środków i materiałów na budowę Centrum. Okazało się, że stojącą stodołę ze względu na stan techniczny trzeba będzie rozebrać. Alina widziała jednak w tym budynku potencjał. Stefan znowu ruszył więc w drogę i załatwił materiał na budowę stodoły, która stoi do dziś. Żona zaprojektowała drzwi okna budynku głównego, a on znów zdobył środki na realizację ich planów. Pojawiły się przybudówki, projektowało, dekorowano teren, aż w końcu Centrum zaczęło działać. Przyjeżdżali do Gębiczyna artyści rzeźbiarze, śp. Stefan organizował dla nich drewno. Początkowo spali na podłodze w ich domu. Z czasem załatwiał im nocleg w ośrodku "Nasz dom" w Gębicach, za który sam zapłacił. Nigdy nie zastawiał się, czy odniesie jakąś korzyść. Gdy na jego drodze pojawiał się potrzebujący człowiek - pomagał. "Wykopywał spod ziemi" leki dla chorych kolegów lub sąsiadów. Zajął się pomocą osobą zagrożonym wykluczeniem społecznym, często ze środowisk popegeerowskich. Dążył do przywrócenia tych ludzi na rynek pracy, nadania ich nowego sensu życia. Gdy zakończyła się budowa nadal musiał zabiegać o środki, by realizować pomoc innym ludziom. Wobec podopiecznych był wymagający i konsekwentny, choć gdy było trzeba potrafił się też zlitować nad człowiekiem. Nie ustawał wysiłkach w sprowadzaniu ludzi na dobrą drogę. Alina zaczęła się martwić o męża. Często miał smutną, zmartwioną twarz (jak na medalu z pierwszej edycji Biegu im. Stefana Wawrzyniaka). Ciągle brakowało środków na działalność, a on dwoił i troił by jakoś spiąć budżet. Wszędzie było go pełno. Nie uskarżał się na swoje zdrowie, mimo, że czasem było widać, że coś go bolało. Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad tym. W końcu okazało się, że to nie przejściowe dolegliwości, ale śmiertelna choroba, która zakończyła jego życie 10 marca 2020 roku. Jego ostatnie słowa do żony brzmiały "Ty sobie poradzisz".
Taki był Stefana Wawrzyniak, konsekwentny, wytrwały w realizacji swoich planów. Nigdy się nie zatrzymywał, wciąż wyznaczał nowe, ambitne cele. Nade wszystko zauważał drugiego człowieka, z jego wszystkimi zaletami, ale też z problemami. Niósł pomoc bo ktoś jej potrzebował i a jej udzielanie było dla niego oczywiste.
Organizując drugi już Bieg / marsz im Stefana Wawrzyniaka, chcemy pokazać, że istnieje świat, w którym człowiek dla człowieka jest ważny. Jedna osoba pomaga drugiej nie po to, by odnieść z tego jakąś korzyść, ale dlatego że pomaganie same w sobie jest dobre bo nadaje sens naszemu człowieczeństwu. Bieganie uczy nas wytrwałości, często pojawia się chęć sięgania po więcej kilometrów, lepsze czasy. Jednak na mecie każdy jest zwycięzcą. Mamy nadzieje, że biegacze, chodziarze, dorośli, dzieci będą zauważać siebie nawzajem i pogratulują sobie wspólnego wysiłku.
Jacek Mituta